Mądrzy ludzie mówili o naszym bólu, że to
tylko opowieżć, a nie prawdziwa nazwa drogi.
A kiedy wraz z nami ból nasz rósł, to nikt naprawdę
nie potrafił nam pomóc. Wiesz to dobrze, mój drogi.
Kiedyż byliżmy sobie bardzo bliscy. Wiele lat
Przeżyliżmy, lecz dziż splątały się nasze drogi.
Co było niepożądane, zawsze takim będzie
i mimo wątpliwożci nie można zgubić drogi.
Chcę wiedzieć, gdzie kończy się ból, a zaczyna szczężcie,
lecz strzaskana lampa już mi nie ożwietli drogi.
* * *
Dobrze cię nie poznałem. Nie zdążyłem, mój bracie.
Lecz pomnę, jak dobrze mi było przy tobie, bracie.
Nigdy nie czułem wyobcowania ze swego kraju.
Dzięki tobie nie bałem się samotnożci, bracie.
Kiedykolwiek się spotykaliżmy, zawsze czułem
wielkożć twej przyjaźni. Dzięki ci za to, bracie.
Twoje nagłe odejżcie było niczym oszustwo.
Do dziż je rozpamiętuję i wzruszam się, bracie.
Nieraz sądzę, że zbyt mało cierpię po rozstaniu
z tobą. To "nieskończoność" Świata tak działa, bracie.
Przebywasz teraz, mój drogi, gdzież za horyzontem,
a mnie mijają dnie w spokoju i ciszy, bracie.
Jak lampa będzie się palić pamięć o tobie do
końca moich dni i będę wspominał cię, bracie.
* * *
Uczuć nie daje się zwerbalizować - niestety.
Nasz sąd o historii jest bez znaczenia - niestety.
Relacje między ludźmi czężciej się rwą, niż trwają.
To, co zdobyć możemy, to samotnożć - niestety.
Nawet ktoż życzliwy i tak pozostaje obcym.
Nieporozumienia jednak wciąż trwają - niestety.
Pisałem księgi, aby przekonać niedowiarków,
ale one nie oddają spraw niebios - niestety.
Minęły młode lata, wkroczyłem w wiek przejrzały,
lecz pokus młodzieńczych nie zapomniałem - niestety.
* * *
Zmusiłeż mnie abym jednak żył, mój Panie.
Czy wiesz jak słodki grzech uczyniłeż, Panie?
Odłożyłem lustro i wejrzałem w siebie.
Inne oblicze ujrzałem. Czy wiesz Panie?
Każdy kto żyje zna ciężary istnienia,
ale Tyż mi powiększył tę ranę, Panie.
Teraz nie ma już nic ważnego na żwiecie.
Wyruszyłem na spotkanie z Tobą, Panie.
Proszę, podaj mi swoje własne imię,
Ty, który stworzyłeż mnie i żwiat, mój Panie.
* * *
Nie zauważamy naszych sąsiadów - to smutne.
Odgradzamy się żywopłotem - to smutne.
Zanikł zapach kwiatów, bo rozsypaliżmy
truciznę. Ona wnika wszędzie - to smutne.
Jak dziż znaleźć przyjaciela w takim żwiecie?
Nawet zamilkła gitara. Tak, to smutne.
Dzieci także muszą szybko zasypiać.
Tylko starcy mruczą kołysanki smutne.
W mej pamięci kwiat lotosu nie chce wzrastać.
Jak kręgi na wodzie biegną myżli smutne.
* * *
Odrzuciłem namiętnożci, Panie, został smutek.
Na nic się jednak nie skarżę. Szanuję mój smutek.
Popatrz wokół - nawet w miłożci widzi się sarkazm
Nikt jednak nie poczuwa się do winy - stąd smutek.
Komu mamy opowiadać historie naszych trosk?
Samotnemu w wielkim mieżcie towarzyszy smutek.
Nie pozostał nawet cień po dawnych namiętnożciach.
Jedynym druhem, co mnie nie opuszcza, jest smutek.
Skończyłem ten gazel, ale go nie podpisałem
swoim imieniem, gdyż moje imię teraz - Smutek.
* * *
Wszystko jest nie tak, jak miało być, przyjacielu.
Nadal jest wiele niejasnożci, przyjacielu.
Stale słyszymy, że nastał nowy poranek,
chociaż ludzie widzą tylko zmrok, przyjacielu.
Być może dzień się budzi dla siewcy terroru,
lecz taki fałsz zatruwa serca, przyjacielu.
W miłożci do kraju stale konspirujemy.
Każdy teraz coż skrywa w sercu, przyjacielu.
Powinieneż mieć w sobie współczucie dla ludzi,
to boskie, a tyż zobojętniał, przyjacielu.
Był czas, gdy potrafiłeż mnie inspirować.
Spójrz, serce Zahida jest puste, przyjacielu.
* * *
Myżli przychodzą i odchodzą. Wikła się mój los.
W głowie kłębi się zamęt. Czy to naprawdę mój los?
Myżli niespokojne z falą tętna przebiegają
przez me ciało. Czy naprawdę taki miał być mój los?
Pełen oczekiwania żyję z dala od ciebie.
Wszystko przemija, lecz wciąż trwa niezmiennie mój zły los.
Płonę jak kamienny węgiel ogniem pożądania. Czy ten żar
jest mym przeznaczeniem? Czy to jest mój los?
Jak skończą się moje poszukiwania, wysiłki,
kompromisy? Jaką nagrodę zgotuje mi los?
Serce dawno już mam pęknięte na drobne cząstki
i nie mogę zrozumieć, czym zasłużyłem na taki los.
* * *
Zbudził się ptak na gałęzi. Zbudził się sam.
Znów nastał poranek, jak zawsze taki sam.
Ty zostałeż towarzyszem mojej podróży.
Po drodze ku przeznaczeniu nie idę sam.
Twoje troski są też moimi troskami.
Znam smutek na twej twarzy. Już nie jesteż sam.
Możesz baczyć na bieg życia z każdej strony.
Piękno błękitu nieba musisz pojąc sam.
Ziarno wątpliwożci staje się perłą serca,
co jażnieje w nas. Perłą tą jesteż ty sam.
Życie mija, giną klejnoty i perły.
Jestem sam, ale i ty też zostałeż sam.
* * *
Burz ile wycierpiałem - trudno powiedzieć.
Kłamstw mi mówiła ile - trudno powiedzieć.
Moje wierne serce jest jak czysta perła.
Ileż bólu jeszcze zaznam - trudno powiedzieć.
Po latach odzyskaliżmy wreszcie spokój.
Ile on jednak jest wart, to trudno powiedzieć.
Wszak większożć naszych przeżyć była iluzją.
Czy będą nas mieć w pamięci - trudno powiedzieć.
Nie masz wcale profitu z twej filozofii,
Zahidzie, czy przestaniesz żnić? Trudno powiedzieć.
* * *
O zapachu kwiatów i żwietle księżyca mi mów.
One są piękne, a więc o pięknie życia mi mów.
Nie frasuj się, rzuć niepokój. Myżl o dobrych stronach
życia i tylko o miłożci do Boga mi mów.
Gdy przewodnik ustał zmęczony po kilku krokach,
ty jednak nie ustawaj, że drogi nie znasz, nie mów.
Ci, co mnie uczyli wiary, byli niecierpliwi,
lecz ty mi wszystko wyjażniaj, cierpliwie do mnie mów.
Dawniej umiałeż kochać, dziż jesteż rozdrażniony.
My wciąż kochamy ludzi, więc łagodnie do nas mów.
Zahidzie, unosi cię fala miłożci, to wiedz:
kiedyż jest w winiarni, o dobrym winie tylko mów.
* * *
Nie schodzą ku nam anioły z nieba - niestety.
Musimy, bracie, bardziej się trudzić - niestety.
Opanowałem me wzruszenia i emocje.
Zwyciężyłem, ale czuję pustkę, niestety.
Pełne zasług jest przebywanie z Tobą, Panie,
lecz trzeba nam też cząstki szaleństwa, niestety.
Zostawia nas karawana życia, dopiero
przyszłe pokolenia są potrzebne - niestety.
* * *
Poezja jest dla mnie czystą, szczerą mową serca.
Dla mnie, ascety, jest ona też religią serca.
Jej nićmi wyhaftowana jest tęcza nadziei
nadzieja zaż jest pokarmem naszego serca.
Gdy wymawiam imię Pana, to się modlę. Kiedy
mówię swoje, jestem pyszny. Czy jestem bez serca?
Pan mi jednak błogosławi. Życie mam spokojne.
Czuję Jego życzliwożć. Nie jestem więc bez serca!
Wyszedłem na drogę z miską żebraczą, spotkałem
podczaszego. Piję poezję - mowę serca.
* * *
Okruchy sztuki, trochę nieba - to moje życie.
Na nic mi karawana, by przejżć przez takie życie.
Od dawna wiele spraw stało się relatywnymi.
To nie krótkowzrocznożć, ni błąd, tak postrzegam życie.
Wraz z promieniami słońca zanika poranna rosa.
Te parę kropel dla kwiatów to jeszcze nie życie.
Ty kreujesz swoją przestrzeń i żwiat, lecz jeżli sam
się oszukujesz, to gmatwasz i wikłasz swe życie.
Nieraz sprawy dwóch serc potrafią się splątać, lecz ty
odrzuć precz zazdrożć. To tylko iluzja, nie życie.
Na co zda się miłożć, przyjaźń, towarzystwo czy też
druh, jeżli ktoż nie rozumie, czym jest jego życie.
* * *
Spotkanie z tobą wspominam jak piękny sen.
Do dzisiaj nie wiem, czy był to miraż, czy sen?
Mieć szczężcie lub jego brak, to tylko kwestia
oceny czasu, lecz udręka to nie sen.
Me życie przepełniło się samotnożcią,
tak jakbym realizował młodożci sen.
Bez emocji pustoszeją ludzkie twarze,
tak jakby przedstawiał im się wstydliwy sen.
Potrzeba stale czuć gorzką radożć życia
i wyznać ją. Trzeba opowiedzieć swój sen.
W efekcie zostałeż pustelnikiem, drogi
Zahidzie, bowiem rozumiesz życie jak sen.
* * *
Zmuszony jestem dziż sprawdzić, przyjacielu,
jak bardzo cię potrzebuję, przyjacielu.
Nie odniosłem szczególnych zasług w miłożci.
Inne zasługi miałem. Wiesz, przyjacielu.
W życiu tysiąca pokus zaznać musiałem.
Stąd odwaga, by rozmawiać, przyjacielu.
Ty znasz dobrze niewinnożć mojego serca.
Dziż ono jest jak żwiątynia, przyjacielu.
Nie pytaj mnie o rzeczy zwykłe i małe.
Poezja jest mym celem. Znasz mnie, przyjacielu.
W mrocznych kwestiach tęsknoty czy pożądania
mogę być oszukany. Wiesz to, przyjacielu.
* * *
Czas i sztormy mijają - zostaje samotnożć.
W mym wieku wiem, jak ważna jest samotnożć.
Był czas, kiedy ból i gniew rosły w mym sercu.
Znam też bóle żwiata, wiem, co to samotnożć.
Jest coż wzruszającego, gdy wnikam w me ja.
Wygasły pokusy - została samotnożć.
Chłód i mrok, co obejmują miasto i kraj
- dziełem polityków. Mnie droga samotnożć.
Oto, pokrótce saga sytego miasta.
Tu nawet druh oferuje ci samotnożć.
* * *
Na ziemi wszystko jest wątpliwe, niepewne.
Są jakież cząstki anielskie w nas - to pewne.
Czy darzą nas szacunkiem, to nie jest pewne,
ale kiedyż, ktoż mnie zrozumie zapewne.
W mowie miłożci zawsze pełno zagadek,
lecz słowa kochanka oby były pewne.
Ty jednak, Zahidzie, módl się i angażuj,
czyń tak, jakby wszystko zawsze było pewne.
* * *
I ciebie, i mnie, tak samo, otacza pustka.
Wiemy, jak dotkliwa może być owa pustka.
Choć jesteżmy sąsiadami, o szarówce
poranka otacza nas tylko ciemna pustka.
Serca nasze skamieniały. Każdy ten kamień
to nasz dom, to nasze schronienie, a w nim pustka.
Martwi cię, Zahidzie, siła tej ciemnożci, lecz
lampa oliwna twego serca też jest pusta.
* * *
Cały żwiat wymaga ode mnie pożwięcenia.
Teraz ja żądam od ciebie też pożwięcenia.
Czy warto opowiadać historię szaleńca?
Nie wymagaj od nas takiego pożwięcenia.
Życie jest wyłącznie bezbarwnym pasmem zdarzeń.
Czy ludzkożć warta jest jakiegoż pożwięcenia?
Wszystko ma dwa wymiary i choć oczy patrzą
w pustkę, serce gotowe jest do pożwięcenia.
Mimo egoizmu żwiata chcemy być inni.
Szczera miłożć winna być pełna pożwięcenia.
* * *
Życie jest wielkim darem od Boga - pamiętaj!
Człowiek porusza się jak kukiełka - pamiętaj!
Cierpliwie chciałby pojąć skrytą grę przypadków.
Wciąż natyka się na tajemnicę - pamiętaj!
Obdarowałeż mnie upojnym kwiatem magii,
lecz ja przezwyciężę ból i bezład - pamiętaj.
Wczoraj doszło do mnie echo z wnętrza żwiątyni.
Znam tajemnicę, co tkwi w kamieniu - pamiętaj.
Wielu proroków próbowało nas pouczać,
lecz mu jesteżmy nieuleczalni - pamiętaj.
Zezwól, aby w pucharach nie brakło nam wina
tylko tak wiara Twa nas upoi - pamiętaj.
* * *
Otwartą mam bolesną ranę serca - niestety.
Agresor w mym mieżcie chodzi bezkarny - niestety.
Ludzie o czułych sercach mają stale łzy w oczach.
Tutaj skarżyć się wcale nie ma sensu - niestety.
Nie ma tu wcale miejsca na wzniosłe ideały.
Żebrzemy wciąż o wątły cień nadziei - niestety.
Schowałem ideały w piasku nad brzegiem morza.
Teraz ich znaleźć nie mogę. Zgubione - niestety.
Drżące usta lękają się szeptać słów nadziei.
Teraz zamiast niej zionie tylko pustka - niestety.
* * *
Serce me wciąż wystawione jest na cierpienie.
Zasługą mych przyjaciół jest owo cierpienie.
Czyżbyżmy byli męczennikami miłożci?
Trzeba mówić ludziom, jak ważne jest cierpienie.
Moje biedne serce czuje gorycz porażki.
Czy ktoż jest jeszcze w stanie zrozumieć cierpienie?
Jakże mogę zawierzyć nowym obietnicom?
Przecież łamanie obietnic rodzi cierpienie.
Politycy żonglują wciąż obietnicami.
Wszakże to za ich sprawą powstaje cierpienie.
* * *
Miłego twego ciała zapachu poznanie,
to tak jak kwitnącego ogrodu poznanie.
Dziwi mnie wciąż zachowanie naszego żwiata,
Lecz i bliźniego trudne może być poznanie.
Czasem ludzie dają nam zbliżyć się do siebie,
Lecz czy zbliży to Godziny Sądu poznanie?
Moje serce przepełnione jest teraz troską.
Brak mi siły. Cóż warte jest skarbu poznanie?
Co też Prorokowi mógł powiedzieć Gabriel,
że Księga dziż wystarczy za całe poznanie?
* * *
Troski serca topię w pucharze wina - trudno.
Satysfakcję znaleźć w życiu doprawdy trudno.
Muszę nieraz wyjżć z domu na spotkanie ludzi.
Zaprzedaję się marzeniom zgiełku. Cóż, trudno.
Takie są wymagania i marnożci żwiata.
Idę na różne kompromisy. Mówię - trudno.
Dzięki Ci, Panie. Prorok jest Twoim Posłańcem.
Modlę się do Ciebie. Ratuj mnie, bo mi trudno.
My zaż okażmy sobie nawzajem współczucie.
Kończę tę historię. Wiesz, Panie, jak mi trudno.
* * *
W moje życzliwe uczucie do ciebie uwierz.
Niedowiarkom grozi przykra samotnożć. Uwierz!
Prawdziwe są te wyznania. Inaczej moje
serce nie byłoby czystym zwierciadłem. Uwierz!
Wije się i plącze droga naszego życia.
Przeznaczenie spełnia się krok po kroku. Uwierz!
W natłoku pożądań nieznane są ich cele,
mimo, że często zmieniamy poglądy - uwierz.
W tym żelaznym mieżcie wszystkie drogi są żliskie.
Dlatego, Zahidzie, bacz, gdzie stąpasz. W to uwierz!
* * *
W księdze życia każda kartka to tajemnica
i we mnie tkwi, i otacza mnie tajemnica.
Mimo że odgrywasz jak umiesz sztukę życia,
to uczynki twe spowija wciąż tajemnica.
Wszystko powoli wokół nas zamienia się w proch.
Chcesz to pojąć, lecz otacza cię tajemnica.
Jak ci, co pozbawiają żwiat marzeń, dostają
nagrody, zaszczyty? To też jest tajemnica.
Wokół, aż po horyzont wszędzie słychać skargi.
Powiedz druhu, gdzie skryta żwiata tajemnica?
* * *
Że bezczynny jestem, bezwolny - to złudzenie,
lecz serce mam gorące. Nie, to nie złudzenie.
Ktoż chyba jednak nas tam w dali oczekuje.
Każdy wyrusza w tę podróż - to nie złudzenie.
Dotarłem wreszcie do mego żwiata poezji.
Wszystkie emocje skrywam w niej - to nie złudzenie.
Badam głębie mego serca. Sprawdzam mi bliskich.
Czy aby ich przyjaźń to nie tylko złudzenie.
Twoje serce bije rytmem mojej poezji,
Więc jednak jestem coż wart. Nie, to nie złudzenie.
Wyruszasz, przyjacielu, poznasz gorycz żwiata.
Wróć! Jesteż mi potrzebny. Nie, to nie złudzenia.
* * *
Nie otrzymamy już żadnej Księgi - a szkoda.
To było pasją Proroka, nie naszą - szkoda.
Kiedyż chciałem mieć przewodnika, lecz teraz
nie nęci mnie już żadna karawana - szkoda.
Piszą wzniożle, lecz ja nie znalazłem u nich
nawet dwóch słów o miłożci - wielka szkoda.
Wieki minęły bez pokoju, minęły kłótnie,
lecz nic z nich nie wynikło - a szkoda.
Prorocy odeszli. Na żwiecie stale brak
spokojnych miejsc na modlitwę - wielka szkoda.
W mym mieżcie pełno uczonych, lecz nikt tu nie
pyta o przyczynę naszych nieszczężć - szkoda.
Przed laty przywiódł mnie tutaj przyjaciel.
Wokół ludzie podli. Spokoju mi szkoda.
* * *
Aby wejżć jak sen głęboko w twe oczy, pragnę.
A w życiu zaż pieżni i chwili szczężcia pragnę.
W mgnieniu oka wieki całe się objawiły.
To cudowne! Teraz tę chwilę poznać pragnę.
Z trudem zbieram wszystkie drzazgi po pożarze
żwiata. Znów zapalić lampę prawdy pragnę.
Już dawno me samotne serce się poddało.
Tobie jednak ukazać me marzenia pragnę.
Moje ideały schowałem w dolinie snów.
Teraz by róże kwitły w tej dolinie, pragnę.
Świetliki rozjażniały nam szlak. Byłaż dla mnie
przewodnikiem. Aby poznano twój fałsz, pragnę.
* * *
Srebrnym łańcuszkiem myżli wiąże się poezja.
Moim przeznaczeniem stała się poezja.
Słowami pełnymi słodyczy, rozterką,
sposobem na życie - tym jest dla mnie poezja.
Każdy początek pieżni budzi refleksje.
Trudną drogą przemyżleń jest moja poezja.
Żarem i uporem, oddawaniem się pasji,
skupieniem, modlitwą jest dla mnie poezja.
Każdy dwuwiersz ma głębokie znaczenia.
Uczucia tchnieniem jednak jest dla mnie poezja.
Kiedy kończysz ten gazel Zahidzie, to czujesz
trafienie strzały w serce. Oto jest poezja!
* * *
Nie mogę uciszyć myżli i nad tym boleję.
Cisną się gorzkie wspomnienia i nad tym boleję.
Nie mogę zerwać zasłony odgradzającej mnie
od Boga, ciężko mi z nią, i nad tym boleję.
Męczą mnie też sekrety poetyckiej maniery.
Nie znam liter z mej księgi życia i nad tym boleję.
Miriady gwiazd zajażniały już na firmamencie.
Nigdy ich nie policzyłem i nad tym boleję.
Łzy za dawną miłożcią spływają po mej twarzy.
Me serce w głaz się zmienia i nad tym boleję.
W oddali pozostał przyjaciel, ja zaż w żelaznym
mieżcie siedzę w pustym domu i nad tym boleję.
* * *
Moje życie jest jak rzeka pełna ognia.
Cały spopieleję w tym zarzewiu ognia.
Wokół sypią się iskry. Lęk mnie przenika.
Z mego serca bije owo źródło ognia.
Kropla żaru też spada z płonących kwiatów.
Niebo rozdarte błyskawicami ognia.
Na mych dłoniach widać głębokie stygmaty.
Mą nagrodą żlady płonącego ognia.
Choć stale się o nią troszczę, to pełno w niej
furii i gniewu, lecz nie ma w nas już ognia.
Me usta spierzchnięte i suche jak popiół.
Serce pragnie przemówić, lecz brak w nim ognia.
Zahidzie, już pora zakończyć ten gazel,
w której każdy dwuwiersz jest odmianą ognia.
* * *
Jeżli uczciwie działałaż, na cóż ten lament?
Rodem z bazaru jest taki krzykliwy lament.
Każde biadolenie ma swój ukryty powód.
To lekarze o chorobach podnoszą lament.
Ona wszak już dawno temu mnie opużciła.
Ma moją zgodę. Po co teraz wszczyna lament?
Nie krzycz! Nie pij! Dostosuj się do czasu, który
zbyt szybko mija. Komu potrzebny twój lament?
Niesiemy nasze księgi czynów i rozliczeń.
Bilans jest już zamknięty. Na cóż teraz lament?
Każdy zna puste, niespełnione obietnice.
Czy warto teraz nad przeszłożcią wznosić lament?
* * *
W winiarni żwiata ciemnożcią spowite mam serce.
Cóż że wina pełna flasza, gdy mam puste serce.
Kiedyż wyruszając w podróż przez życia wierzyłem
w sekretne historie. Dzisiaj nieczułe mam serce.
Płomienie miłożci wygasły w każdym zakątku
i teraz jakim żarem chcesz rozpalić moje serce?
Odsuwamy się od naszych braci i sąsiadów.
Przykro mi, ja też odgrodziłem murem moje serce.
Ciesz się, Zahidzie, ostatnimi blaskami słońca,
wkrótce nieczułożć i pustka zgnębi twoje serce.
* * *
Dalszym cierpieniem dziennych zmagań jest sen.
Łańcuch trosk i niepokojów - to mój sen.
Beznadzieja i smutek coraz większe.
Może chociaż Dzień Sądu przerwie ten sen?
Ogarnęła mnie beznamiętna pustka.
Czy bije me serce, czy to tylko sen?
Kiedy jesteżmy już znużeni walką,
gdy brak wyciszenia, modlę się o sen.
Pamięć o niegodziwożciach, oszustwach,
przeżytych rozczarowaniach płoszy sen.
Komu dziż możemy się zwierzyć z naszych
niepowodzeń? Jak zapażć w krzepiący sen?
Srogie fale życia zburzyły spokój.
Może nas uzdrowić tylko dobry sen.
* * *
Pasmem rozterek i bólu jest nasze życie.
Odbiciem ułudy żwiata jest nasze życie.
Ścieżką pełną meandrów trosk i lęków,
zamartwianiem się o przyszłożć jest nasze życie.
Zamiast stać się ognistą, wartką rzeką,
marnej jakożci ciągiem snów jest nasze życie.
Bólem rannego tułacza, troską pielgrzyma,
udręką i samotnożcią jest nasze życie.
Zapyloną drogą spragnionego wędrowca,
bez nadziei na łyk wody jest nasze życie.
Rozbitym zwierciadłem zapomnianej przyjaźni,
garżcią szklanych odłamków jest to nasze życie.
Choćbyż chciał uciec z zaczarowanego kręgu.
Próżno się trudzisz. Pułapką jest nasze życie.
* * *
To nie rządy prawa. Czy to już tyrania, pytam?
Czy to są protesty, czy manipulacja, pytam?
Jeżli nie ma pozwolenia na szczerą ekspresję,
jakże smakować nam może chleb powszedni, pytam?
Ziemia nasza przepełniona jest prochami ojców.
Czemu przelewać na niej naszą wspólną krew, pytam?
Najwyższy już czas zmiany stylu rządzenia krajem.
Dlaczego podporą waszą są niegodni, pytam?
Cisza nocy potrzebuje odpowiedniej pieżni.
Kto porzuci stare wzory i wniesie ład, pytam?
* * *
By umieżcić w księdze ból i smutek - brak mi słów.
By opisać pustkę snów i marzeń - brak mi słów.
Naiwny, chciałem wzniecić rewolucję w sercu.
By opisać poniesioną klęskę - brak mi słów.
Ulewa głazów spada na rozbite serca.
By mówić, jak bolesne to ciosy - brak mi słów.
Nie chcesz wierzyć, że i tobie też to zagraża.
Uciekaj! Aby ciebie przekonać - brak mi słów.