10.09.2007.



Janusz Krzyżowski, psychiatra, podróżnik, miłośnik Orientu, tłumacz poezji urdu



Serce zostało w...Amritsarze i Lahore. Amritsar (z pendżabskiego - Sadzawka Nektaru Nieśmiertelności), stolica sikhijskiego Pendżabu, to jedno z tych miejsc, które potrafią oczarować.


Miasto założył w 1577 r. czwarty guru sikhów i stało się celem pielgrzymek wyznawców sikhizmu. Obszar pod zabudowę wyznaczył sam cesarz Akbar Wielki (1542-1605, doprowadził do niemal całkowitego zjednoczenia Indii). Na zawsze zachowam w pamięci piękno Złotej Świątyni na wysepce pośrodku Ambit Sarovar - Jeziora Boskiego Nektaru - perły zamkniętej w ponadmilionowym mieście. Szczególnie urzekły mnie uduchowione pieśni, które nie milkną niemal przez całą dobę. To właśnie tu, w Darbar Sahib (Miejsce Pana), przechowywany jest oryginał świętej księgi sikhów "Sri Guru Granth Sahib". Każdy, kto da się unieść fali pielgrzymów i wczuje się w ich nastrój uniesienia, głęboko przeżyje te odwiedziny. Okrążając święty staw zgodnie z ruchem wskazówek zegara, dotarłem do pomostu łączącego marmurowe krużganki ze świątynią. W środku przy akompaniamencie harmonium (instrument przypominający nasze organy) i dzwonków odbywa się śpiewne recytowanie fragmentów "Sri Guru...", z czterogodzinną przerwą w nocy na tzw. sen księgi. Przypominam sobie słowa pierwszego guru i ich uniwersalny sens: "Nie ma ani hindusa, ani muzułmanina, czyją więc ścieżką mam pójść? Pójdę ścieżką Pana, który nie jest ani hindusem, ani muzułmaninem". Natomiast Lahore bez przesady można nazwać kulturalnym i intelektualnym centrum Pakistanu. Piękne miasto nad rzeką Rawi jest bardzo stare. Założył je, jakoby w czasach mitycznych, Loh, syn Rama Chandry, jednego z bohaterów eposu "Ramajana". Rządzili nim i Dżyngis Chan, i Tamerlan, ale dopiero Akbar Wielki uczynił je jedną ze swoich stolic, a jego syn Dżahangir je pokochał. Wielki Fort w Lahore jest nie tylko pałacem, ale i miejscem, gdzie gromadzili się architekci, muzycy, miniaturzyści i poeci (piękne mauzoleum Iqbala, wielkiego poety piszącego w urdu, stoi na dziedzińcu fortu). Owo nagromadzenie intelektualnego ładunku zda się tu trwać przez stulecia mimo wojen i kataklizmów. Lahore to także przepiękne cesarskie ogrody Śalimar stworzone w 1642 r. na kształt boskiego raju przez Szahdżahana (budowniczy Tadż Mahal). Wykorzystano tu zasadę czahar bagh - czterech ogrodów, czterech stron świata. Do owej czwórki dodawano kolejno po zerze i tak powstawała wielokrotność liczby 4 - 40, 400 i 4000. Każda z czterech części ogrodu zajmuje 4 tys. m kw. i podzielona jest na cztery części, a te znów na cztery... Są tu cztery wielkie baseny połączone groblami, liczba fontann też jest pochodną liczby 4... Lahore to również nocne zwiedzanie targu Anarkali, gdzie mogłem uzupełnić moją kolekcję indyjskich i pakistańskich CD. A lahorskie muzeum narodowe jest jednym z najbogatszych na subkontynencie, właśnie tu mogłem obejrzeć najwcześniejsze zabytki buddyjskie. Jednak szczególnie urzekły mnie zbiory miniatur. Niewielką księgarnię przy muzeum prowadzą dwaj starsi panowie, z którymi uciąłem sobie pogawędkę o poezji urdu i meandrach życia jej twórców. Stąd wyruszyłem (obarczony wieloma tomami) w dalszą podróż, a przecież byłem dopiero na początku Jedwabnego Szlaku - czekała mnie jeszcze dolina Hunzów i przeprawa przez himalajskie przełęcze szlakiem Marco Polo...

Niezapomniany dzień...

przeżyłem w Indiach. Zmierzaliśmy do radżasthańskiego miasteczka. Zbliżała się północ, do celu pozostało już tylko parę kilometrów. U wjazdu do mijanej wsi zatrzymało nas dziwne zgromadzenie. Roztańczeni wieśniacy ani myśleli przepuścić nadjeżdżające samochody, wśród nich naszego dżipa. W oddali środkiem drogi toczył się korowód świateł. Okazało się, że kilkunastu młodych mężczyzn ma na głowach obręcze z girlandami metrowych świetlówek (połączone były kablem ze źródłem prądu we wsi). W środku pląsali nowożeńcy i weselni goście. Reszta wsi tańczyła, zajmując całą drogę (było to zresztą jedyne utwardzone miejsce, gdzie tak dużo ludzi mogło się bawić razem). Przygrywał im bhangra band na blaszanych instrumentach i kilku bębnach. Trzeba było znaleźć sołtysa, złożyć gratulacje młodej parze i wreszcie samochody zostały przepuszczone...

Najlepsze wakacje spędziłem na...

Sri Lance. Byłem tam razem z przyjaciółmi. Przez dwa tygodniu zobaczyliśmy najważniejsze centra dawnego i współczesnego buddyzmu, podziwialiśmy subtropikalne lasy pełne słoni i majestatyczną górę Sigiriję z wizerunkami pięknych dworek okrutnego króla Kasjapy. Mieszkaliśmy w dawnych angielskich hotelach górskich w Nuwara Eliya i piliśmy herbatę na plantacjach Pedros Estete. Na koniec oddaliśmy się dolce far niente w nadmorskim kurorcie Bentota. Po powrocie do domu ze smutkiem czytałem o strasznym tsunami, które nawiedziło Sri Lankę w 2004 r. Co się stało z tymi wszystkimi miłymi ludźmi, którzy opowiadali nam o swoim kraju i byli ciekawi, jak też wygląda Polska?

W Polsce lubię...

Mazury i zawsze będę z sentymentem wspominał wypady do przyjaciół, którzy mają dom w Warchałach. Jest tam małe jezioro przypominające przewróconą wielką cyfrę osiem - zwęża się w połowie swej długości. W ciepłej wodzie można pływać godzinami i podziwiać lilie wodne.

Podróżuję z...

nadzieją, że znajdę gdzieś na świecie jakieś ciekawe nagranie, rzadką książkę lub album. Do takich zaliczyłbym nagranie ze świątyni Wielkiego Dzwonu pod Pekinem - wykonanie ośmiu utworów przez orkiestrę, w której muzycy grają na wielu ogromnych i małych dzwonach. Kilka niezwykłych książek kupiłem w jednej z największych księgarń na świecie o nazwie Pilgrims w Katmandu.

Mój ulubiony hotel...

Riviera w Sorrento. Z tarasu, na którym jada się posiłki, widać w oddali majestatyczną sylwetkę Wezuwiusza. Na jednym z okolicznych wzgórz przed blisko stu laty Feliks Wygrzywalski obserwował wulkan z tej samej perspektywy i tak powstał obraz Zatoki Neapolitańskiej, który wisi u mnie w salonie i przypomina mi to piękne miejsce.

Niebo w gębie poczułem w...

Nagarkot w Nepalu. Tam właśnie w rozległej dolinie wznosi się spora góra, na szczycie której znajduje się hotel z wieżą widokową. Aby dotrzeć do tego miejsca, potrzeba trzech dni dość trudnego trekkingu. W hotelu jest też restauracja z widokiem na odległe pasmo Langtangu. Kucharz serwował doskonałe dania hinduskie - ogniste niebo w gębie. Mam taki zwyczaj, że jeśli chcę sprawdzić mistrza kuchni, zamawiam crepes suzette. W Nagarkot dostałem placuszki cienkie jak bibułka polane właściwym likierem! Polecam to miejsce.

Na wyprawę zawsze zabieram...

stary przewodnik po miejscach, które mam zwiedzać. Są to na przykład wspaniałe "Obrazy Włoch" Pawła Muratowa lub "Kieliszek Valpolicella" Romana Szałasa. W przyszłości chciałbym odbyć podróż z "Przewodnikiem po Helladzie" Pauzaniasza.

Nigdy więcej nie powrócę...

na Białoruś. Miałem tam swego czasu coś w rodzaju aresztu domowego i musiałem spędzić w Grodnie dodatkowe dwa tygodnie, gdyż zabrano mi paszport za "samowolny wyjazd" bez przepustki do Moskwy. Nie wybieram się też do Stanów Zjednoczonych ze względu na poniżającą dla Polaków procedurę przyznawania wiz.

Wkrótce będę w drodze do...

Indii. Dostałem stypendium z Indian Council for Cultural Relations na wyjazd w grudniu do Gwalioru. Przez tydzień odbywa się tam festiwal Tansena, największego indyjskiego muzyka, którego cesarz Akbar zaliczał do swoich "największych klejnotów".

Wymarzony cel podróży...

Chciałbym raz jeszcze spędzić choć tydzień na rozlewiskach w Kerali - mieszkając na łodzi i spożywając to, co przygotuje miejscowy kucharz, odwiedzając wszystkich kuzynów szypra w okolicy i słuchając lokalnych muzyków w cieniu palm.



 

O autorze Dyplomy Wydarzenia Artykuły Kontakt
Aforyzmy Moje Youtube Tajwan Recenzje
Poezja Książki Bajki Książki medyczne

 


Strona główna

Licznik: